Mikro przygody

Kiedyś marzyłem o wielkim świecie, o dżunglach, pustyniach i górach, które będę przechodził w poszukiwaniu skarbów, nowych odkryć geograficznych, czy po prostu przygody. Teraz marzę jeszcze więcej, tylko czasu na wyprawy na inne kontynenty mniej i kolegów chętnych na ciężkie, długotrwale ekspedycje – też mniej.

Zacząłem analizować wszystkie za i przeciw, moje możliwości finansowe, czasowe, ograniczenia narzucone przez innych. Wtedy właśnie coś (czyli ta cudowna siła sprawcza , która wrzuca do mojej głowy różne zwariowane pomysły) powiedziało mi: wróć do podstaw, do rzeczy które robiłeś dawno temu, powoli rozpocznij od przygody za progiem. Może koledzy prezesi – którzy nie mają już czasu na 3-miesięczny wyjazd na Borneo znajdą wolny wieczór i pojadą z tobą na noc nad Bugiem?

Zaraz, nie, lepiej zacznij od siebie, a potem, jak ci się spodoba to zaproś innych , małą grupę nie więcej jak 3 czy 4 osoby. Spróbowałem, no i zaczęło się… WIELKIE , choć małe przygody.

Szybki spływ kajakiem zagrodzoną zwalonymi drzewami rzeką, przeprawy na dętce nocą przez Wisłę, przejście przez bagna w Kampinosie – wszystko prawie jak w amazońskiej dżungli, tylko komary u nas znacznie gorsze i węży więcej

Powoli odbijam się od dna, umysł nabiera świeżości z każdym najkrótszym nawet wyjazdem, mięśnie wiedzą już, że nie służą tylko do utrzymywania kręgosłupa w prawidłowej pozycji przy kompie, kurczą się boleśnie i radośnie po noclegu w hamaku nad brzegiem rzeki. Przypominam sobie smaki potraw z ogniska / smażyliście kiedyś jajko w papierowej torebce na żarze?/czy liofilizatów. Z roześmianą gębą z obrzydzeniem zjadam batony dające mi “parę” na parę godzin spędzonych w piance w środku bagna. Generalnie odżywam, regeneruję tymi małymi przygodami z za progu swoje ciało i umysł.

Nie, oczywiście nigdy nie zrezygnuję z eksploracji świata, ale…

Te małe przygody są balsamem na moje udręczone codziennością jestestwo.
Te treningi ciała i umysłu są tak trudne jak chcę – wszystko to kwestia ustalenia zasad, wyjścia poza strefę mojego komfortu. Każdemu na miarę możliwości – wyzwaniem może być nocleg w śpiworze na piasku nad Wisłą albo pierwsze gotowanie na ognisku i zjedzenie zadymionego posiłku, albo maraton. Przyjmijcie, że wschód słońca wygląda lepiej oglądany z poziomu śpiwora pośród falujących traw niż z ekranu telewizora. Dlatego wyjdźcie z pudełka codzienności i nie bójcie się konfrontacji z nieznanymi sytuacjami.

Róbcie przygodę na swoją miarę. Opuszczajcie swój Mordor, kiedy się da. Samemu lub lepiej z przyjacielem, który też dusi się morowym powietrzem biura. Nie zaczynajcie od triathlonu, spróbujcie na początek spływu kajakiem, potem spływu w nocy, na bezpiecznej małej rzece. Zauważycie swoje braki fizyczne (przynajmniej część z was), ale to dobrze, bo jak mnie wskaże wam to kierunek działania, kierunek do poprawy…

Zadbajcie o swój rozwój fizyczny, a gwarantuję, że intelekt poczuje się szczęśliwszy. Niekonwencjonalne przygody tuż za progiem przysporzą wam nowych doznań i nowych znajomych.

Być może inni zechcą się do was przyłączyć, a w grupie raźniej i bezpieczniej. Wspólnie możecie podnosić poprzeczkę i wymyślać nowe wyzwania. Zróbcie sobie plan na kilka najbliższych tygodni. Minimum jedną przygodę w tygodniu i jedną w weekend. Niezależnie od pogody. Ale, jak chcecie, to cztery albo pięć. Na początek pożyczcie śpiwór i karimatę , a jak wam się spodoba, to kupcie sobie później podstawowy sprzęt biwakowy. Jeśli nie wiecie jaki, napiszcie mi maila, chętnie pomogę.

Makaron

PS Parę dni temu natknąłem się na blog amerykańskiego podróżnika propagujący microadventures – mikroprzygody – przygody za progiem i w zasięgu ręki. No cóż, jak widać wszyscy mamy te same potrzeby niezależnie od wieku i miejsca zamieszkania, tylko ja nie potrafię się tak dobrze sprzedać

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial

Pin It on Pinterest

Share This